informatorbudowlany.plinformatorbudowlany.pl
Strona główna informatorbudowlany.pl Początek bloku Kontakt z informatorbudowlany.pl Regulamin informatorbudowlany.pl Cennik informatorbudowlany.pl Poczta z informatorbudowlany.pl
STRONA GŁÓWNA POCZTĄTEK BLOKU KONTAKT REGULAMIN CENNIK POCZTA
Aktualnie 1 gość, oraz: admin
Logowanie
Login: 
Hasło: 
 Nie pamiętam hasła
Zarejestruj się:
Osoba fizyczna   Firma
Menu
Katalog firm
Katalog towarów
Kosztorysy budowlane
Tablica ogłoszeń
Tłumaczenia on-line
Kreatory
Katalog stron WWW
Procedury, Druki, Pliki
Wydarzenia
Bankowość
Biznes
Budownictwo
Ekonomia, finanse
IBB Estimator
IBB Estimator
Informatyka, internet
Komunikaty
Nieruchomości
Praca
Prawo
Prognozy
Rozmaitości
Targi
UE
Prawo
Poczta
Konsultanci
Witam, czekam na pytania odnośnie spraw technicznych portalu (chwilowo niedostępny, zostaw wiadomość, jeżeli chcesz otrzymać odpowiedź podaj adres e-mail)
Wiadomość poufna 
 
Reklama
Informacje
Fraza:  

Zawód: menedżer sportowy

   Czasy prezesów niczym z "Misia" mijają: sportem w Polsce zaczynają rządzić świetnie wykwalifikowani menedżerowie. Sport stał się biznesem, a klub ma przynieść zyski.





   W "Misiu" Stanisława Barei Ryszard Ochódzki, prezes klubu sportowego Tęcza, to uosobienie działacza sportowego PRL - nie ma pojęcia o profesjonalnym zarządzaniu, wykorzystuje stanowisko do robienia drobnych interesów, uwielbia tanie pochwały.
   Dziś prezes klubu sportowego nosi markowy garnitur, ustala na co wydać dziesiątki tysięcy złotych, zarządza sztabem ludzi - od asystentów przez trenerów do specjalistów od komunikacji z mediami.
   Jak zrobić karierę w sporcie? Arkadiusz Krygier ma 34 lata. Mówi biegle po angielsku, rosyjsku i serbsku. Pochodzi z Włocławka, 10 lat temu skończył prawo na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, później studium zarządzania w Szkole Głównej Handlowej. Od początku kariery zawodowej jest związany ze sportem. Został kierownikiem drużyny koszykarskiej we Włocławku. Potem - wraz z rosnącą grupą sponsorów i zmianami w funkcjonowaniu klubu - dyrektorem ds. marketingu. Latem otrzymał świetną ofertę od bogatego Turowa Zgorzelec, sponsorowanego przez lokalną elektrownię i kopalnię. Został prezesem klubu. Nie wahał się - to wyzwanie, ale też kolejny krok w karierze i awans na dobrze płatne stanowisko.
   To jeden z wielu młodych działaczy, którzy patrzą na sport przez pryzmat liczb, bilansu zysków i strat, ścisłego trzymania się budżetu. Wiedzą, że dobra kampania public relations w mediach zwiększy zainteresowanie drużyną. A wraz z tym pojawią się sponsorzy chętni do reklamowania się przez sport. Ten przestał być już rywalizacją na boisku. To teraz walka o pieniądze, jakie można zyskać dzięki kontraktom sponsorskim, sprzedając np. prawa do transmisji telewizyjnych.
   Zmiany rozpoczęły się wraz z wprowadzaniem sportowych spółek akcyjnych. Teraz kluby coraz bardziej przypominają te z amerykańskich lig zawodowych. Właściciele dokładnie analizują, na jakie zyski mogą liczyć. Każdy transfer ma przynieść udziałowcom dochód. - To możliwe, ale pod warunkiem, że kierują tym osoby kompetentne - mówi prof. Andrzej Sznajder ze Szkoły Głównej Handlowej.
   Zarządzania sportem uczy coraz więcej uczelni. Popularne jest specjalnie utworzone studium w SGH. Pojawiają się kolejne: na Akademiach Wychowania Fizycznego, prywatnych uczelniach. - Zainteresowanie rośnie wraz z czasem. Coraz bardziej widać, że to się opłaca - przyznaje prof. Sznajder.
   Przyszli menedżerowie sportu uczą się, jak stworzyć z klubu maszynkę do zarabiania pieniędzy - muszą wiedzieć, jak działają spółki, jak je promować i kształtować wizerunek drużyny. Zajmują się współpracą z mediami, poznają, jak kluby sportowe funkcjonują za granicą, zgłębiają tajniki reklamy.
   Klub teraz jest jak firma, właściwie różnic nie ma żadnych - mówi Krygier, którego Turów ma roczny budżet w wysokości ok. 4 mln dol., z czego 25 proc. to pula na wynagrodzenia zawodników. - Sport stał się biznesem. Klub ma przynieść pieniądze. Szefów klubów rozlicza się z tego, jak wydawane są fundusze reklamujących się sponsorów. Ważne, aby nie były marnotrawione, a dawały zyski.
   Pieniądze można zarabiać, nie tylko rządząc klubem walczącym o mistrzostwo w lidze piłkarskiej, koszykarskiej czy siatkarskiej. Jeszcze większe kwoty wchodzą w grę w przypadku menedżerów indywidualnych, zajmujących się znajdowaniem graczy do drużyn. Jednym z pierwszych takich agentów w Polsce jest Andrzej Grzyb. Kończył studia i zrobił doktorat na moskiewskim odpowiedniku AWF (katedra piłki siatkowej). - Naturalne było, że znajomi trenerzy klubowi zgłaszali się coraz częściej do mnie, abym pomógł im sprowadzić zawodników z ówczesnego Związku Radzieckiego. Początkowo robiłem to gratis, ale później uznałem, że trzeba to uporządkować - mówi Grzyb.
   W 1991 roku założył spółkę, która oficjalnie pośredniczyła w transferach piłkarskich i siatkarskich. Trzy lata później ukończył pierwszy w Polsce kurs menedżerów sportu. Grzyb: - Mam różne tytuły, jestem trenerem siatkówki, skończyłem kursy trenerskie światowej federacji, zyskałem wiele uprawnień biznesowych. Jeśli ktoś chce robić karierę w sporcie, musi o to zadbać. Ale o wielu rzeczach decyduje też znajomość ludzi, układów, uczciwość. Bez tego natychmiast zginie się wśród zawodników.
   Im dłużej menedżer jest na rynku, tym bardziej jego renoma rośnie. A wraz z tym dochody. Grzyb nie ukrywa: - Pieniądze można zarobić... I to bardzo dobre. Kwestia sumy zależy jednak od techniki kontraktu.
   Na początku od każdej umowy brał 5 proc. i nic więcej go nie interesowało. Takie podejście nie dawało jednak renomy u sportowców - kiedy mieli problemy z wypłatami, musieli radzić sobie sami. Obcokrajowcy w takiej sytuacji są bezbronni.
   Teraz jest inaczej. Zawodnik podpisuje kontrakt z Grzybem, a on z klubem. W ten sposób sportowiec umawia się z menedżerem na określoną sumę i nie obchodzi go już, ile ten otrzyma z klubu za transfer. Z drugiej strony zawodnika nie interesują problemy klubu - Grzyb musi mu zapłacić 100 proc., a później - w razie problemów - sam chodzi po sądach.
   Agenci koszykarscy, którzy znajdują zawodnikom kluby w Polsce, otrzymują przeciętnie 10 proc. z wynegocjowanych kontraktów. A sumy są spore. Czołowi koszykarze podpisują umowy warte nawet od 100 do 150 tys. dolarów. Od każdej takiej umowy menedżer otrzyma 60 tys. zł. Przed sezonem tylko w Polsce może podpisać kilka tak poważnych umów oraz kilkanaście mniejszych. To i tak niewiele w porównaniu do zarobków agentów piłkarskich. Tam - wśród najlepszych - w grę wchodzą kwoty kilkadziesiąt razy większe.


Źródło: Wyborcza (gazeta.pl) - Gazeta ogólnopolska
Dodał: pp

Data dodania: 28-08-2006

© 2003-2006 informatorbudowlany.pl kontakt problemy techniczne wyszukiwarka partnerzy zgłoś błąd

Nowe zasady dotyczące cookies. Aby nasza strona lepiej spełniała Państwa oczekiwania wykorzystujemy pliki cookies. Informujemy, że można zablokować zapisywanie ciasteczek, zmieniajšc ustawienia przeglšdarki. Szczegółowe informacje.